Aaa, już dawno minął termin porodu, który mój ginekolog obliczył podczas pierwszej wizyty, gdy potwierdził, że będę miała dziecko, i zajął się prowadzeniem ciąży. Dawno, to znaczy 4 dni temu. Byłam u mojego ginekologa w dniu, w którym według jego obliczeń miałam rodzić, zbadał mnie, stwierdził, że wszystko w porządku, że rozwarcia nie ma i że mam czekać jeszcze parę dni, bo z tymi terminami porodu to często tak bywa.
No dobra, staram się, ale to koszmar jakiś – bo ileż można nosić taki wielki brzuch. Czasem mam wrażenie, że pęknę albo że to się nigdy nie skończy, tylko już do końca życia będę rosnąć i rosnąć, ciągle tyć i poszerzać ubrania. No masakra jakaś i naprawdę nie mam pojęcia, jak ja dotrwam do tego porodu, którego zresztą boję się jak jeszcze niczego w swoim życiu.
A ginekolog to może sobie mówić – bo łatwo mu mówić, skoro sam zajmuje się tylko prowadzeniem ciąży, a nie jej noszeniem! Ech, no ale będzie dobrze, byle tylko dotrwać do końca ciąży, przetrwać poród i urodzić zdrowe i śliczne dziecko.